Archiwa miesięczne: Listopad 2011

Efekt deprywacji korporacyjnej

Na początku lat pięćdziesiątych XX wieku, kanadyjski psycholog Donald Hebb przeprowadził na McGill University w Montrealu szereg eksperymentów sfinansowanych przez CIA. Ich wyniki początkowo były dostępne jedynie dla władz USA. Po ujawnieniu przebiegu eksperymentów wzbudziły one kontrowersje i zostały przez niektórych kolegów po fachu określone jako tortury. O co chodziło?

autor: Salvador Dali

W eksperymentach brali udział ochotnicy, którzy w każdym momencie mieli możliwość jego przerwania. Sami decydowali jak długo będzie trwał eksperyment i niektórzy kończyli go już po kilku godzinach, niektórzy po kilku dniach, a żaden nie wytrzymał dłużej niż tydzień. Ponieważ nikogo z nich nie pozbawiono wolności, nie można było mówić o torturach.

Ochotnikom proponowano wynagrodzenie w wysokości 20 dolarów, co było wówczas wysoką sumą za taką usługę, jeśli w trakcie eksperymentu nic nie będą robili. Zarobek wydawał się łatwy, jednak okazało się, że chodzi o przebywanie w środowisku pozbawionym bodźców zewnętrznych. Ochotnicy mieli leżeć, w dźwiękoszczelnych pomieszczeniach, z “rękawami” izolującymi przed dotknięciem, z wygłuszającymi słuchawkami na uszach i ciemnymi okularami pozbawiającymi oczy dopływu światła. Słowem, całkowita izolacja.

Był to W Stanach Zjednoczonych okres makkartyzmu, walki z wrogiem wewnętrznym i wykrywania sympatyków komunizmu. Na tej fali rozpoczęto badania nad zjawiskiem prania mózgów i nieetycznego kształtowania postaw o co posądzano ZSRR i Chiny.

Efekt eksperymentów był taki, że większość ochotników już po kilku godzinach doznawała omamów wzrokowych lub słuchowych. Myśli pędziły jak szalone i pojawiały się obrazy z przeszłości. W końcu pojawiały się halucynacje.

Zjawisko to nazywa się deprywacją sensoryczną. Jej celem jest zredukowanie dopływu wszelakich bodźców-informacji z otoczenia, co powoduje, że człowiek jest całkowicie wyalienowany ze środowiska naturalnego oraz społecznego. Mózg pozbawiony bodźców zaczyna zajmować się sam sobą i samorzutnie, spontanicznie uruchamia różne partie neuronów, generując rozmaite wizje.

Wynik tych badań są jednoznaczne. Deprywacja jest destrukcyjna. Powoduje zaburzenia emocjonalne (lęk, niepokój), a trwając przez dłuższy czas przyczynia się do spadku poczucia własnej tożsamości. Stymulacja zmysłowa, lub szerzej, wymiana bodźców ze światem zewnętrznym jest niezbędnym warunkiem sprawnego działania człowieka w środowisku.

Deprywacja występuje również w innych postaciach:

deprywacja potrzeby, tzn.  pozbawienie człowieka przez jakiś czas ważnych dla niego czynników biologicznych, psychologicznych lub społecznych ,

deprywacja polityczna, tzn. utrudnianie bądź zamknięcie dostępu do stanowisk publicznych przedstawicielom określonych grup wyodrębnionych na podstawie narodowości, rasy, wieku, przynależności itp.

deprywacja relatywna, tzn. rosnąca w subiektywnym odczuciu dysharmonia pomiędzy stanem odczuwanym a stanem pożądanym.

W każdej z nich występuje wyalienowanie i utrata kontaktu ze światem zewnętrznym.

Mam wielu znajomych pracujących w różnych korporacjach na różnych stanowiskach. Od pewnego czasu częściej niż dotychczas obserwuję u wielu z nich stan, który nazwałem efektem deprywacji korporacyjnej. Człowiek poświęcający całe swoje życie korporacji traci kontakt ze światem niekorporacyjnym. Sprawy korporacji wypełniają całkowicie przestrzeń osobistą i jedynym realnym życiem wydaje się środowisko biznesowe. Z czasem następuje wypalenie, zmęczenie i zniechęcenie. Rozmowy z rodziną stają się coraz trudniejsze, narasta stres i napięcie oraz coraz częściej dochodzi do kłótni. W końcu człowiek staje się nieefektywny, pracodawca nie jest z niego zadowolony a rodzina stawia ultimatum. Szanse na zmianę pracy maleją, ponieważ obniża się zdolność autoprezentacji. Nikt nie chce zatrudnić osoby pozbawionej entuzjazmu i chęci do życia. Kolejne niepowodzenia powodują zaburzenia emocjonalne i obniżenie poczucia własnej wartości. I wszystko dlatego, że praca była najważniejszą rzeczą w życiu.

Deprywacja korporacyjna, tzn. utrata kontaktu ze światem poza korporacją i uleganie złudzeniu, że interes korporacji jest ważniejszy niż własne zdrowie, oraz relacje społeczne i rodzinne. 

Zatrzymaj się na chwilę i przeanalizuj swoją sytuację.

Jakie są twoje relacje z otoczeniem, ze znajomymi i rodziną?

Kto z nas nie lubi promocji?

Od jakiegoś czasu pojawia się w telewizji reklama, w której aktor przekonując do promocyjnych zakupów mówi: Kto z nas nie lubi promocji?

Patrzę na to i myślę: Kolejna socjotechnika.

autor: Salvador Dali

To przewrotne hasło, sugeruje nam, że wszyscy lubią promocję a skoro wszyscy to i ja.

Jest inaczej? Nie lubię? Ryzykowne, bo to oznacza umieszczenie się na marginesie normy społecznej a przecież nikt nie chce być odmieńcem.

Tak odczytuję przekaz i intencje tej manipulacji. Nie jest ona czymś niezwykłym, bo reklamy codziennie starają się nas rozmiękczać, kształtować i kreować w nas potrzebę zakupu kolejnego produktu.

Wszystkie kobiety pragną tak pachnieć - padło kiedyś w jednej z reklam.

W łagodniejszej wersji ta socjotechnika występuje w postaci:

Większość uważa, że jesteśmy najlepsi, lub

Większość stomatologów używa pasty X (tu dodatkowo podparto się socjotechniką autorytetu).

Próbuje się tu uprawdopodobnić twierdzenie, aby nie można było zarzucić kłamstwa. Jednak jeśli to twierdzenie nie jest oparte o przeprowadzone badania, nie jest to podane do wiadomości wraz z reklamą oraz nie jest podana data wykonania tego badania (przecież opinie też ulegają zmianie) więc czym to jest jeśli nie manipulacją?

I tak dzień za dniem jesteśmy poddawani działaniu różnych socjotechnik.

Ciekawe, które z nich sami stosujemy w naszym codziennym życiu?

Techniki manipulacji stosowane w dyskusji nazywane są erystyką i dobrze je opisał w swoim dziele “Erystyka, czyli sztuka prowadzenia sporów” Arthur Schopenhauer, niemiecki filozof żyjący na przełomie XVIII/XIX wieku.

Warto je znać, aby wiedzieć jak im nie ulegać.

Typowa blondi, czyli opowieść o stereotypie

Para wychodziła z centrum handlowego. On zwyczajnie ubrany, pchał przed sobą wózek pełen zakupów i modnych ciuchów. Ona, typowa blondi. Długie włosy, ostry makijaż, głęboki dekolt, sukienka dobrze dopasowana, buty na wysokich obcasach. Zwykły tandetny obrazek. Po chwili jednak, zatrzymali się pod wiszącymi sznurami kolorowych chorągiewek i ona, żywo gestykulując zaczęła mu coś tłumaczyć. Podsłuchałem…

autor: Andy Warhol

- …bo wiesz, one u nas to wiszą tak sobie dla ozdoby, ale w Nepalu to są na nich wypisane po tybetańsku teksty modlitw i tamtejsi buddyści wierzą, że wiatr te modlitwy zabiera w świat, bo linie Kagju, Geluk, Ningma i Sakja, a i też w Bon… – mówiła dalej, już nie taka tandetna i już wcale nie taka typowa blondi.

Widać tu błąd wynikający z posłużenia się stereotypem. Ten przykład jest oparty o stereotyp blondynki, czyli malowanej, wydekoltowanej, niemądrej blond tipsiary. Stereotypy potrafią mylić. Osoba oceniona jako głupia może być mądra, nacja uważana za chciwą pewnie posiada wielu pracowitych ludzi, a szkodliwe wyznanie może jest po prostu napływowe.

Skąd się biorą takie nierzadko krzywdzące uproszczenia?

Gordon Allport, amerykański psycholog, profesor Uniwersytetu Harvarda nazwał to prawem najmniejszego wysiłku. Podoba mi się to określenie, ponieważ oddaje istotę stereotypu, czyli upraszczanie i kategoryzowanie. Pełnią one funkcje pomocniczą w naszym życiu, porządkują naszą wiedzę o świecie i przyspieszają nasze reakcje na wydarzenia płynące z otoczenia. W filmach wojennych się mawia: najpierw strzelaj, potem pytaj. W chwilach zagrożenia stereotyp pomaga błyskawiczne działać, ale nie bez szkody. A jak w życiu codziennym?

Problem się pojawia, gdy niejako idąc na skróty oceniamy ludzi niesprawiedliwie.

Stereotyp staje się dla nas niebezpieczny gdy opierając się na płynących z niego fałszywych założeniach wyciągamy fałszywe wnioski i podejmujemy nietrafione decyzje. Budujemy w ten sposób nieprawdziwy obraz świata i zmniejszamy naszą skuteczność i efektywność.

Ciekawe jak byśmy funkcjonowali w świecie, działając w oparciu o fakty a nie błędne wyobrażenia?

Spróbuj wymienić pięć własnych stereotypów, zmień związane z nimi przekonania na całkiem przeciwne i pomyśl, jak wpłynęłoby to na twoje życie.

Dni z yogą: Kobieta zawsze górą (foto)

znalezione w necie: Kobieta zawsze górą

Dni z yogą: Medytacja przed obliczem Buddy (foto)

znalezione w necie: Medytacja przed obliczem Buddy

Mądrość starych ludów

Przy ognisku zapadła cisza. Długowłosy młodzieniec zakończył swą opowieść. Zgromadzeni, przez chwilę siedzieli w bezruchu, po czym zaczęli się rozchodzić w milczeniu. Młodzieniec został sam.

Mądrość starych ludów płynie z praktyki. Gdy powstawał jakiś problem, próbowano mu zaradzić. Gdy się nie udało, próbowano ponownie i ponownie, aż znaleziono właściwe rozwiązanie. Potem wchodziło ono w poczet zbiorowej mądrości, aby pojawić się gdy nadejdzie jego czas.

autor: Henri Matisse

Tak czyniono w przypadku wielu dziedzin życia. Tak zrodziło się ziołolecznictwo i tak ukształtowały się sposoby radzenia sobie z traumatycznymi przeżyciami, dylematami moralnymi i sposoby przekazywania mądrości życiowych.

Dziś można znaleźć wiele zaproszeń do tzw. kręgów kobiet. Małych społeczności, w których kobiety uczą się asertywności, odnajdują poczucie własnej wartości, wymieniają się doświadczeniami dotyczącymi uzyskania niezależności, a także realizują tam wiele innych pożytecznych pomysłów.

Metoda jest dobra, bo sprawdzona przez wieki. Dawniej siadał dziadek, ojciec i wnuk, lub kobiety we własnym gronie i rozmawiali o różnych rzeczach, a gdy dzielili się problemami, to rozmawiali o możliwych rozwiązaniach. Dla najmłodszego był to nauka mądrości pokoleń. Słyszał od starszych, posiadających bogate doświadczenie życiowe, co by zrobili w danej sytuacji. Tak przechodziła wielowiekowa mądrość z pokolenia na pokolenie.

To była korzyść jaka płynęła z istnienia rodzin wielopokoleniowych. Czasy i struktura społeczna się zmieniły, więc ten rodzaj edukacji prawie zanikł. Wspomniane kręgi są tu pewnym substytutem.

Dawne społeczności wymieniały się też mądrościami przy ognisku, w gronie starszyzny. Tak działo się np. u Indian prerii. Każdy, kto miał dręczący go problem mógł o nim opowiedzieć a zebrani słuchali go nie zakłócając opowieści. Potem mogli dzielić się swoimi doświadczeniami.

Jeśli udręka nie mijała to rytuał powtarzano, jednak mógł się on odbyć jedynie trzykrotnie. Potem zebrani odwracali się plecami dla mówcy, dając mu do zrozumienia, że teraz już musi zmierzyć się ze swoim problemem sam.

Wiem, że czasem łatwo się mówi: pozbieraj się, weź się w garść, jednak logika mówi, że nie można się zatrzymać w miejscu i trzeba żyć dalej.

Wiem też, że nie można w nieskończoność zatruwać swoimi problemami innych ludzi. To niczego nie rozwiązuje.

Młodzieniec przez chwilę jeszcze obserwował dogasający płomień ogniska, aż wreszcie odwrócił się i odszedł do swojego tipi. Wiedział, że po raz czwarty już nikt nie przyjdzie, że już czas aby pogodzić się z tym co zaszło.

Dni z yogą: W mieście (foto)

Yoga - w mieście

Stypa to nie kotlet

Przeważała czerń. Przy długim stole zebrali się najbliżsi i znajomi zmarłego. Kelnerki podały kotlet de volaille z ziemniakami, zestawem surówek i kompot, a potem kawę z ciastem. Żałobnicy w ciszy i z powagą spożyli ten posiłek, aby potem rozejść się do domów. Pogrążona w rozpaczy rodzina, wymieniła kilka grzecznościowych uwag, podziękowała za liczne przybycie i udała się z bólem na spoczynek.  Wszystko odbyło się w cenie 40 zł za zestaw obiadowy plus transport gratis, na koszt firmy pogrzebowej. W zakładzie pogrzebowym trwała promocja, więc przemiła obsługa polecała swoje usługi na przyszłość. Można by powiedzieć: żyć nie umierać, choć w tych okolicznościach stwierdzenie to byłoby niestosowne. A co było potem?

autor: Edward Munch

Gdy odchodzi ktoś bliski, pogrążamy się głębokiej zadumie, smutku, nierzadko w rozpaczy a i często w depresji. Trzeba czasu, aby się z tym pogodzić. Czasem bardzo wiele czasu.

Ludzkość od swojego zarania przeżywa takie straty i musiała wypracować jakieś zrytualizowane formy pożegnania zmarłego oraz metody postępowania w początkowym okresie po jego stracie. Neandertalczycy kładli kwiaty i przedmioty codziennego użytku przy zmarłym, Cyganie tańczą i śpiewają przy grobie, Bułgarzy biesiadują na cmentarzu.

Najtrudniejsze są pierwsze chwile. Trzeba się jakoś oswoić z nową sytuacją. Pomocne jest tu wspólne spotkanie zwane stypą,w czasie którego zebrani wspominają zmarłego. Żałobnicy najczęściej opowiadają o zmarłym dobrze rzeczy, dzielą się wesołymi historiami z jego życia i przez chwilę, poprzez te wspomnienia jest on jeszcze wśród nich. Potem kończy się stypa, żałobnicy się rozchodzą i pierwszy traumatyczny okres uzyskuje swoje domknięcie. To spotkanie pełni bardzo ważną funkcje psychoterapeutyczną, ponieważ pomaga się oswoić ze stratą i łagodzi ból po niej. Ten wspólny rytuał daje zebranym do zrozumienia, że nikt z nich nie jest sam, że przechodzą przez to razem. Ta wspólnota daje im siłę i motywację do dalszego działania.

Często, w rocznice śmierci spotkanie są ponawiane i wówczas znowu są wspominki, aż za którymś razem, w kolejną rocznicę przychodzi zrozumienie i akceptacja. Wtedy wreszcie spotykający rozmawiają o tym kto się urodził, co u dzieci, kiedy ślub i znowu życie nabiera rozpędu i robi kolejny obrót.

Odblokowanie przychodzi u różnych ludzi w różnym czasie. Bywa, że nie nadchodzi nigdy. Często stypa bywa jedynie zwyczajowym wspólnym posiłkiem, w czasie którego nikt nie odważa się odezwać, aby nie zdenerwować najbliższej rodziny zmarłego.

Nierzadko rocznicowe spotkanie przybiera formę teatru, gdzie zebrani odgrywają role pogodzonych ze stratą, w czasie gdy wewnętrznie nadal przeżywają ogromny ból.

Tragiczne jest, gdy dotyczy to najbliższych zmarłego. Tragiczne, ponieważ unikanie trudnych tematów prowadzi do stresów, depresji a czasem zaburzeń psychicznych.

Mimo, że nie jest to przeżycie łatwe to trzeba stawić czoła faktom. Unikanie tematu jest szkodliwą taktyką i źle się odbija na psychice. Psuje też relacje z otoczeniem i może dojść do tragedii.

Rok później odbył się rocznicowy obiad w gronie najbliższych i znajomych. Przeważały żywe kolory. Kelnerki podały kotlet de volaille z ziemniakami, zestawem surówek i kompot, a potem kawę z ciastem. Zebrani spożyli ten posiłek, aby potem rozejść się do domów. Wdowa, okazała się duszą towarzystwa, wymieniła kilka grzecznościowych uwag, podziękowała za liczne przybycie i udała się z bólem na spoczynek.  Wszystko odbyło się w cenie 40 zł za zestaw obiadowy. W restauracji trwała promocja, więc przemiła obsługa polecała swoje usługi na przyszłość. Można by powiedzieć: żyć nie umierać, choć w tych okolicznościach stwierdzenie to było by niestosowne. I sam już wiesz co było potem.

A można było tego uniknąć.

Dni z yogą: Kobieta górą (foto)

Yoga - kobieta górą

Granica wolności, granica życia – pytania

Starsza kobieta. Szpital. Zaburzenia pamięci. Odratowana w ostatniej chwili. Przekonana, że poradzi sobie sama w domu. Nie chce zamieszkać z rodziną. Rodzina się martwi, że następnym razem nie zdąży z pomocą. Co robić?

autor: Edward Munch - Rozłączenie

Wydaje mi się, że najlepszym rozwiązaniem jest skłonienie tej pani, aby zamieszkała z rodziną, aby ktoś nad nią czuwał, obserwował na bieżąco jak się czuje i zachowuje, co je i jakie lekarstwa i w jakich dawkach bierze. Przy zaburzeniach pamięci istnieje ryzyko, że przedawkuje lub będzie je brała zbyt rzadko, co może doprowadzić do śmierci.

Jednak, jeśli stanowczo odmawia zmiany miejsca zamieszkania, a nie jest chora psychicznie, czyli nie ma możliwości jej ubezwłasnowolnienia to wbrew jej woli nic się nie zmieni.

Nadal będzie mieszkać sama. Więc co robić?

Każdy człowiek ma prawo do wyboru i ten wybór powinniśmy szanować, ale jeśli wiemy, że się myli to gdzie leży granica jego wolności? Czy można mu pozwolić na igranie z własnym życiem?

Prawo nam wskazuje w jakich przypadkach i w jakim trybie możemy zostać pozbawieni wolności decydowania o własnym losie. Jednak nawet gdyby doszło do ubezwłasnowolnienia to i tak nie było by nam lżej na sercu. Myślę, że było by nam tym trudniej im bliższa była by nam ta osoba.

Co robić więc, jeśli całe rozważanie sprowadza się do jednego pytania:

Czy można pozwolić człowiekowi umrzeć?

Kopciuszek i personal branding

Młoda , skromna, ładna dziewczyna wykorzystywana jako służąca przez złą macochę i jej dwie córki doznaje nagle awansu społecznego i radykalnej poprawy statusu materialnego. Możliwe? W bajce tak, a w rzeczywistości?

autor: Henri de Toulouse-Lautrec

Zmiana własnego wizerunku nie należy do prostych. O każdym z nas krążą opowieści i każdy z nas ma przypiętą “łatkę-opinię”, np. pracowity lub leniwy i leser, albo twardy ale sprawiedliwy szef, osoba publiczna bez charyzmy, rzemieślnik rzetelny, bankier chciwy, syn punktualny, szewc pijany, organizator imprez niezorganizowany itd.

Można opisać nas na różne sposoby i ludzie z naszego otoczenia mają o nas wyrobione zdanie. Jeśli jest to złe zdanie, zła opinia a chcemy ją zmienić to czeka nas sporo pracy. Jeśli jest to opinia pozytywna i pomagająca nam w życiu to możemy być zadowoleni, ale musimy pamiętać, że w życiu nic nie jest trwałe a wizerunek jest szczególnie delikatny i musimy o niego dbać, bo łatwo można go zniszczyć a o wiele trudniej odbudować.

Zmiana wizerunku wymaga czasu. Jest to budowanie własnej marki, niczym marki towaru. W krajach anglosaskich, gdzie najwcześniej świadomie zaczęto dokonywać zmian tego typu nazwano ten proces personal branding.

Początkowo działanie to dotyczyło polityków, dziennikarzy, aktorów, sportowców i menadżerów. To im, jako osobom najbardziej medialnym zależało na dbałości o właściwy wizerunek.

Dano więc o: wygląd, zachowanie, wypowiedzi, dokonania, z kim i kiedy się spotykano, gdzie bywano itd. Wydaje mi się, że gwiazdy show biznesu zrobiły tu największe postępy i umiejętnie kreując wizerunek podtrzymują zainteresowanie sobą swoich fanów.

Wykształciła się z tego swoista sztuka, dziedzina nauki z trenerami i coachami specjalizującymi się w kreowaniu wizerunku. W branży show biznesu stoją za tym poważne pieniądze.

Czy nie jest to jednak dla nas, zwykłych ludzi zbyt abstrakcyjne?

Myślę, że nie.

Na rynku pracy jesteśmy towarem. Mini firmą oferującą swoje usługi pracodawcy i ważna jest opinia o nas, oraz to czy potrafimy się odpowiednio ubrać, zachować, porozmawiać. Słowem, zaprezentować się, czyli sprzedać siebie.

W szkole dla przykładu, od zawsze ważne są pierwsze oceny w roku, albo pierwsze oceny u nowego nauczyciela. To wówczas powstaje o nas opinia, która determinuje jak nas zaszufladkuje nauczyciel i jakiego poziomu będzie nam wystawiał oceny.

W domu zaś, jeśli chcemy gdzieś sami wyjechać, rodzice muszą nam ufać, a jak mogą ufać jeśli nie dotrzymywaliśmy słowa i spóźnialiśmy się wieczorem do domu? Z tak złym wizerunkiem nie ma na co liczyć.

Sytuacja jednak nie jest beznadziejna. Potrzebujemy wykreowania nowego wizerunku, poprawienia opinii o sobie, ale pamiętajmy, że radykalna zmiana wizerunku nie będzie wiarygodna, a to oznacza, że im bardziej będziemy chcieli się zmienić tym dłużej będzie to trwało.

Na pewno należy zerwać ze złymi przyzwyczajeniami typu: spóźnienia, obmawianie, nieszczerość lub kłamstwo, lenistwo, leserstwo itp.

Należy je zastąpić pozytywnymi cechami typu: aktywność, pracowitość, śmiałość, deklarowanie pomocy, bywanie w dobrym towarzystwie itp.

Jeśli jest to zbyt ogólne a jesteś zatrudniony w zespole jakieś firmy to pamiętaj:

- w regularnych odstępach czasu np. tygodniowych dokonuj podsumowania swojej pracy i osiągnięć oraz informuj o nich swojego szefa,

- bądź aktywny i podsuwaj propozycje rozwiązania problemów w zespole lub firmie i choć może nie zostaną wykorzystane, to ty zostaniesz zapamiętany aktywny i ten, któremu zależy na firmie,

- zgłaszaj się na ochotnika do wykonywania zadań, zgłaszaj się do pracy w różnych zespołach, nawiązuj kontakty z pracownikami innych działów i placówek, w ten sposób ludzie cię poznają i będziesz miał większy dostęp do informacji i większe szanse na uzyskanie pomocy; wszak nikt nie jest wszechwiedzący i ważne jest, aby wiedzieć z kim rozmawiać,

- zawsze chwal swój zespół i jego osiągnięcia, oraz szefa z którym pracujesz, bo nikt nie lubi malkontentów i ciągłego narzekania,

- bądź potrzebny!!!

- no i pamiętaj o punktualności, wyłączaniu komórki na spotkaniach, uśmiechu oraz pozytywnym podejściu do współpracowników.

Daj się poznać z dobrej strony i dbaj o swoja markę, bo to twój towar. Tak na rynku pracy sprzedajesz siebie.

A co u Kopciuszka? Dobra Wróżka była jej trenerem i coachem. Pomogła jej wykreować nowy wizerunek. Ubrała ją stosownie, nauczyła dobrych manier, zadbała o dobry transport i udało się. Służąca została księżniczką.

Zastanawiam się tylko, czy Dobra Wróżka została później przy Kopciuszku i nadal doradzała jej w sprawach wizerunku.

Wszak praca nad personal brandingiem nie kończy się nigdy.

Ocean współczucia

W katach 1966-1976 doszło w Chinach do wydarzeń zwanych Rewolucją Kulturalną. Mao Tse-Tung wezwał młodych do rozprawienia się z Czterema starymi rzeczami. Były nimi: stare idee, stara kultura, stare zwyczaje i stare nawyki. W praktyce  wysłano młodzież, zorganizowaną w Czerwoną Gwardię do prześladowania przedstawicieli dotychczasowego aparatu partyjnego, ludzi kultury i sztuki, duchownych i mnichów, nauczycieli i każdego kto wydawał się kontrrewolucjonistą. Zabroniono gry w karty i w szachy, śpiewania dzieciom kołysanek, obchodzenia świąt, organizacji wesel i pogrzebów. Rabowano i niszczono zabytki, klasztory, obrazy i wszystko co wydawało się utrudnieniem dla wprowadzenia nowego rewolucyjnego ładu i porządku. Na terenie Tybetu zniszczono również wiele mumii mnichów. Takie mumie posiadała prawie każda dolina. Dlaczego?

autor: Auguste Renoir

Tybet jest miejscem zakorzenienia się buddyzmu w lokalnej formie. Ideałem jest bodhisattwa czyli człowiek, który ogarnięty współczuciem wobec niedoli innych istot żyje aby im pomagać. Czasem i umiera.

W kraju o magicznym sposobie pojmowania świata, niejeden mnich widząc jak ludzi, w śród których żyje nękają klęski głodu i chorób oraz inne kataklizmy postanawiał uczynić z siebie magiczną relikwie, która przez wieki miała chronić mieszkańców regionu.

Działo się to przy zastosowaniu wielu skomplikowanych zabiegów, w wyniku których taki mnich dokonywał samomummifikacji i odejścia ze świata żywych. Co ciekawe nie czynił tego w kontekście poświęcenia i cierpienia za innych. Motywacją było współczucie. Mieszkańcy otaczali te miejsca i mumie wielką czcią.

W naszej Europejskiej kulturze współczucie wiąże się bólem, cierpieniem, poświęceniem. Taki mamy od około tysiąca lat wzorzec. Jeśli robimy coś dla innych to musi boleć, ale pocieszamy się mówiąc: cierpienie uszlachetnia, ostatni będą pierwszymi, zostanie mi wynagrodzone po śmierci itd.

Czy jednak działanie dla drugiego człowieka, które płynie z miłości bliźniego, ze współczucia wobec jego niedoli, płynące z głębi serca, musi wiązać się z tymi negatywnymi, bolesnymi atrybutami?

Przypuszczam, że taki mnich fizycznie cierpiał i nie do tego namawiam.

Zmarły 11 lat temu Józef Tischner, ksiądz i filozof, autorytet dla wielu Polaków, umierając na raka powiedział: Cierpienie nie uszlachetnia.

Bierzmy dobre przykłady z każdego źródła, które napotkamy i rozwijajmy się zmniejszając swoje ego. Uważam, że okazywanie uczuć, bycie pomocnym, wzruszenie, altruizm jest właściwym kierunkiem rozwoju człowieka i możemy czerpać z tego satysfakcję. Skierowanie się ku innym, otwarcie na ich potrzeby, nawiązywanie współpracy i wspólne działanie jest korzystne dla naszej psychiki. Jest zdrowe i pożyteczne społecznie. Stawianie sobie za ideał osoby, która depcze i niszczy innych, jest twarda i bezwzględna w dążeniu do celu może dać zamożność, ale nie zwróci utraconego zdrowia. Postawa taka jest też destrukcyjna dla społeczności, w której się żyje.

Wiem, że czasy nie należą do łatwych i być może czekają nas jeszcze trudniejsze, wiem że życie nieustannie wystawia nas na próby, wiem też, że za każdym razem mamy wybór i choć czasem jest ograniczony to zawsze należy do nas. Do nas więc należy decyzja jak będziemy się odnosić do drugiego człowieka i jaką będziemy mieć z nim relacje.

Żyjemy w świecie relacji. Nieustannych interakcji społecznych. Ostatnią rzeczą, z którą będziemy odchodzili z tego świata będą właśnie te relacje i nasze samopoczucie. Rzeczy materialne i tak zostaną.

Rewolucja się skończyła i wielu Tybetańczyków, którzy nie chcieli porzucić starych obyczajów udało się na emigracje lub trafiło do chińskich więzień. Wielu z nich też łączy pewna cecha. Modlą się za swoich prześladowców i współczują im.

Gdy widzę takie postawy to na chwilę zatrzymuję czas i zastanawiam się, czy i ja potrafię się zatroszczyć o innych, nawet tych nielubianych? Czy potrafię to uczynić bez myślenia poprzez własne ego? Czy potrafię ujrzeć drugiego człowieka a nie jedynie siebie? Czy potrafię być niczym ocean współczucia?

Ja?

A Ty?

Dni z yogą (foto)

znalezione w necie: Yoga

Czas coś zasiać (foto)

rzeźba z piasku

Wędrowcy (foto)

rzeźby z piasku

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 541 other followers