Archiwa blogu

Po prostu – deep democracy

Paradygmat głębokiej demokracji dr Arnolda Mindella:

To nie władza, lecz świadomość tego, co wydarza się w dynamice życia danej osoby lub grupy jest istotą demokracji, zaś każda osoba stanowi część większej całości, a jej doświadczenia są ważne oraz niezbędne dla rozwoju danej grupy i całego społeczeństwa.

autor: Franz Marc - Niebieski koń 1911

Byłem wczoraj na ciekawych zajęciach.

W dniu 4 kwietnia br w Ośrodku Psychologii Procesu PO PROSTU w Gdańsku Wrzeszczu odbył się otwarty proces grupowy, oparty o paradygmat głębokiej demokracji dr Arnolda Mindella, facyliowany przez Alicję Klein.

W procesie wzięło udział kilkanaście osób. Część z nich się nie znała i podobnie jak ja uczestniczyła w takich zajęciach pierwszy raz.

Na początku się przedstawiliśmy i powiedzieliśmy dlaczego tu przyszliśmy. Ja o psychologii procesu usłyszałem kilka lat temu, gdy przeczytałem książkę dr Arnolda Mindella pod tytułem Psychologia i szamanizm. Nadarzyła się okazja, aby poznać ludzi, którzy się tym pasjonują i przyjrzeć się tematowi z bliska, więc się pojawiłem.

Wspólnie wybraliśmy Wolność osobista, a normy społeczne na temat naszej wspólnej pracy z procesem.

Bardzo szybko dokonała się polaryzacja stanowisk. Część osób uważała, że normy społeczne są najważniejsze dla społeczeństwa i uzasadnione jest ograniczanie wolności jednostki, a inna część wybrała nieskrępowaną wolność osobistą jako wartość nadrzędną.

I tu można zadać pytanie: I co z tego?

Przecież na co dzień różnimy się w różnych kwestiach z różnymi ludźmi i co dziennie słyszymy polityków, którzy nieustannie prowadzą spory.

W moim odczuciu własnie w tym momencie zaczęła się praca z procesem.

Wyrażaliśmy swoje opinie, zajmowaliśmy stanowiska, obserwowaliśmy nasze emocje i … przyjmowaliśmy czasem poglądy strony przeciwnej. Zwłaszcza to ostatnie przyczyniało się do lepszego zrozumienia intencji drugiej strony. Lepiej też można było zrozumieć swoje emocje i zaobserwować, jak się czujemy z poglądem odmiennym niż nasz. Skłaniało to do różnych refleksji:

  • a może ten pogląd jest słuszny?
  • a może zweryfikuję swój pogląd i włączę do niego elementy z przeciwnego poglądu?
  • a może zbudujemy razem jakąś nową jakość?

No właśnie, czy strona przeciwna zasługiwała na takie miano? Na miano przeciwnika? A może coś nas łączyło?

Proces jest zjawiskiem dynamicznym i bardzo szybko pojawiła się grupa, która uważała się za całkowicie wolną od tych problemów. Stanęła ponad nimi i nie czuła potrzeby, aby toczyć spory o cokolwiek. Dała sygnał:

  • Jestem wolna.
  • Sama kierują własnym życiem, czy chcesz tego czy nie.
  • Twoje wysiłki uszczęśliwienia mnie są bezcelowe.

Niedługo potem powstała nowa grupa, która proponowała luźno zorganizowane i tolerancyjne społeczeństwo, które akceptowało różnorodność. Sygnalizowała:

  • u nas jest miejsce dla każdego, rownież dla Ciebie.

Przemieszczanie się pomiędzy tymi grupami-poglądami pozwalało spojrzeć na problem z innej perspektywy i lepiej go zrozumieć. Z czasem, stopniowo zaczęliśmy się do siebie zbliżać, choć nie wszyscy temu ulegli.

Pod koniec stała się ciekawa rzecz. Gdy pogląd regulacji norm społecznych znalazł się w znacznej mniejszości i nic nie zapowiadało, że osoby reprezentujące ten pogląd chociaż trochę go zmodyfikują, aby się zbliżyć się do wolnościowców (tak roboczo nazwałem tę grupę-pogląd), wolnościowcy odpuścili i przestali toczyć spór. Momentalnie nastała cisza. Widać było, że poczuli ulgę. Czuli się z tym dobrze i byli zadowoleni. Spór stał się bezprzedmiotowy, a regulatorzy stracili punkt odniesienia. Zostali sami. To było jak akt obywatelskiego nieposłuszeństwa, jak zamanifestowanie się wolności. Przyszedł mi wówczas na myśl Mahatma Gandhi i jego idea ahinsy. Walki bez przemocy. Przecież nawet największy tyran staje się nikim, gdy tylko przestajemy się go bać i czujemy, że w jedności jest nasza siła.

Jeszcze długo po tym procesie nasuwały mi się różne ciekawe refleksje. Proces okazał się bardzo inspirujący.

To co chcę szczególnie podkreślić w tej technice to sposób uzyskiwania consensusu. Przynależność do grupy reprezentującej jakiś pogląd nie była stała. Nieustannie następowały zmiany w składzie poszczególnych grup a i same poglądy wciąż ewoluowały.

Zdaje mi się, że zamanifestowała się idea głębokiej demokracji. Osoby biorące udział w procesie znalazły wspólny język i nastąpiło pomiędzy nimi zbliżenie poglądów. Zaistniał consensus.

Wszystko to odbywało się w miłej luźnej atmosferze przy dobrym wsparciu Alicji Klein.

Mam nadzieję, że podobne spotkania będą się jeszcze odbywały, ponieważ spełniają ważną rolę edukacyjną. Chciałbym żyć w społeczeństwie, w którym ludzie potrafią ze sobą rozmawiać.

Mądrość starych ludów

Przy ognisku zapadła cisza. Długowłosy młodzieniec zakończył swą opowieść. Zgromadzeni, przez chwilę siedzieli w bezruchu, po czym zaczęli się rozchodzić w milczeniu. Młodzieniec został sam.

Mądrość starych ludów płynie z praktyki. Gdy powstawał jakiś problem, próbowano mu zaradzić. Gdy się nie udało, próbowano ponownie i ponownie, aż znaleziono właściwe rozwiązanie. Potem wchodziło ono w poczet zbiorowej mądrości, aby pojawić się gdy nadejdzie jego czas.

autor: Henri Matisse

Tak czyniono w przypadku wielu dziedzin życia. Tak zrodziło się ziołolecznictwo i tak ukształtowały się sposoby radzenia sobie z traumatycznymi przeżyciami, dylematami moralnymi i sposoby przekazywania mądrości życiowych.

Dziś można znaleźć wiele zaproszeń do tzw. kręgów kobiet. Małych społeczności, w których kobiety uczą się asertywności, odnajdują poczucie własnej wartości, wymieniają się doświadczeniami dotyczącymi uzyskania niezależności, a także realizują tam wiele innych pożytecznych pomysłów.

Metoda jest dobra, bo sprawdzona przez wieki. Dawniej siadał dziadek, ojciec i wnuk, lub kobiety we własnym gronie i rozmawiali o różnych rzeczach, a gdy dzielili się problemami, to rozmawiali o możliwych rozwiązaniach. Dla najmłodszego był to nauka mądrości pokoleń. Słyszał od starszych, posiadających bogate doświadczenie życiowe, co by zrobili w danej sytuacji. Tak przechodziła wielowiekowa mądrość z pokolenia na pokolenie.

To była korzyść jaka płynęła z istnienia rodzin wielopokoleniowych. Czasy i struktura społeczna się zmieniły, więc ten rodzaj edukacji prawie zanikł. Wspomniane kręgi są tu pewnym substytutem.

Dawne społeczności wymieniały się też mądrościami przy ognisku, w gronie starszyzny. Tak działo się np. u Indian prerii. Każdy, kto miał dręczący go problem mógł o nim opowiedzieć a zebrani słuchali go nie zakłócając opowieści. Potem mogli dzielić się swoimi doświadczeniami.

Jeśli udręka nie mijała to rytuał powtarzano, jednak mógł się on odbyć jedynie trzykrotnie. Potem zebrani odwracali się plecami dla mówcy, dając mu do zrozumienia, że teraz już musi zmierzyć się ze swoim problemem sam.

Wiem, że czasem łatwo się mówi: pozbieraj się, weź się w garść, jednak logika mówi, że nie można się zatrzymać w miejscu i trzeba żyć dalej.

Wiem też, że nie można w nieskończoność zatruwać swoimi problemami innych ludzi. To niczego nie rozwiązuje.

Młodzieniec przez chwilę jeszcze obserwował dogasający płomień ogniska, aż wreszcie odwrócił się i odszedł do swojego tipi. Wiedział, że po raz czwarty już nikt nie przyjdzie, że już czas aby pogodzić się z tym co zaszło.

Stypa to nie kotlet

Przeważała czerń. Przy długim stole zebrali się najbliżsi i znajomi zmarłego. Kelnerki podały kotlet de volaille z ziemniakami, zestawem surówek i kompot, a potem kawę z ciastem. Żałobnicy w ciszy i z powagą spożyli ten posiłek, aby potem rozejść się do domów. Pogrążona w rozpaczy rodzina, wymieniła kilka grzecznościowych uwag, podziękowała za liczne przybycie i udała się z bólem na spoczynek.  Wszystko odbyło się w cenie 40 zł za zestaw obiadowy plus transport gratis, na koszt firmy pogrzebowej. W zakładzie pogrzebowym trwała promocja, więc przemiła obsługa polecała swoje usługi na przyszłość. Można by powiedzieć: żyć nie umierać, choć w tych okolicznościach stwierdzenie to byłoby niestosowne. A co było potem?

autor: Edward Munch

Gdy odchodzi ktoś bliski, pogrążamy się głębokiej zadumie, smutku, nierzadko w rozpaczy a i często w depresji. Trzeba czasu, aby się z tym pogodzić. Czasem bardzo wiele czasu.

Ludzkość od swojego zarania przeżywa takie straty i musiała wypracować jakieś zrytualizowane formy pożegnania zmarłego oraz metody postępowania w początkowym okresie po jego stracie. Neandertalczycy kładli kwiaty i przedmioty codziennego użytku przy zmarłym, Cyganie tańczą i śpiewają przy grobie, Bułgarzy biesiadują na cmentarzu.

Najtrudniejsze są pierwsze chwile. Trzeba się jakoś oswoić z nową sytuacją. Pomocne jest tu wspólne spotkanie zwane stypą,w czasie którego zebrani wspominają zmarłego. Żałobnicy najczęściej opowiadają o zmarłym dobrze rzeczy, dzielą się wesołymi historiami z jego życia i przez chwilę, poprzez te wspomnienia jest on jeszcze wśród nich. Potem kończy się stypa, żałobnicy się rozchodzą i pierwszy traumatyczny okres uzyskuje swoje domknięcie. To spotkanie pełni bardzo ważną funkcje psychoterapeutyczną, ponieważ pomaga się oswoić ze stratą i łagodzi ból po niej. Ten wspólny rytuał daje zebranym do zrozumienia, że nikt z nich nie jest sam, że przechodzą przez to razem. Ta wspólnota daje im siłę i motywację do dalszego działania.

Często, w rocznice śmierci spotkanie są ponawiane i wówczas znowu są wspominki, aż za którymś razem, w kolejną rocznicę przychodzi zrozumienie i akceptacja. Wtedy wreszcie spotykający rozmawiają o tym kto się urodził, co u dzieci, kiedy ślub i znowu życie nabiera rozpędu i robi kolejny obrót.

Odblokowanie przychodzi u różnych ludzi w różnym czasie. Bywa, że nie nadchodzi nigdy. Często stypa bywa jedynie zwyczajowym wspólnym posiłkiem, w czasie którego nikt nie odważa się odezwać, aby nie zdenerwować najbliższej rodziny zmarłego.

Nierzadko rocznicowe spotkanie przybiera formę teatru, gdzie zebrani odgrywają role pogodzonych ze stratą, w czasie gdy wewnętrznie nadal przeżywają ogromny ból.

Tragiczne jest, gdy dotyczy to najbliższych zmarłego. Tragiczne, ponieważ unikanie trudnych tematów prowadzi do stresów, depresji a czasem zaburzeń psychicznych.

Mimo, że nie jest to przeżycie łatwe to trzeba stawić czoła faktom. Unikanie tematu jest szkodliwą taktyką i źle się odbija na psychice. Psuje też relacje z otoczeniem i może dojść do tragedii.

Rok później odbył się rocznicowy obiad w gronie najbliższych i znajomych. Przeważały żywe kolory. Kelnerki podały kotlet de volaille z ziemniakami, zestawem surówek i kompot, a potem kawę z ciastem. Zebrani spożyli ten posiłek, aby potem rozejść się do domów. Wdowa, okazała się duszą towarzystwa, wymieniła kilka grzecznościowych uwag, podziękowała za liczne przybycie i udała się z bólem na spoczynek.  Wszystko odbyło się w cenie 40 zł za zestaw obiadowy. W restauracji trwała promocja, więc przemiła obsługa polecała swoje usługi na przyszłość. Można by powiedzieć: żyć nie umierać, choć w tych okolicznościach stwierdzenie to było by niestosowne. I sam już wiesz co było potem.

A można było tego uniknąć.

Ocean współczucia

W katach 1966-1976 doszło w Chinach do wydarzeń zwanych Rewolucją Kulturalną. Mao Tse-Tung wezwał młodych do rozprawienia się z Czterema starymi rzeczami. Były nimi: stare idee, stara kultura, stare zwyczaje i stare nawyki. W praktyce  wysłano młodzież, zorganizowaną w Czerwoną Gwardię do prześladowania przedstawicieli dotychczasowego aparatu partyjnego, ludzi kultury i sztuki, duchownych i mnichów, nauczycieli i każdego kto wydawał się kontrrewolucjonistą. Zabroniono gry w karty i w szachy, śpiewania dzieciom kołysanek, obchodzenia świąt, organizacji wesel i pogrzebów. Rabowano i niszczono zabytki, klasztory, obrazy i wszystko co wydawało się utrudnieniem dla wprowadzenia nowego rewolucyjnego ładu i porządku. Na terenie Tybetu zniszczono również wiele mumii mnichów. Takie mumie posiadała prawie każda dolina. Dlaczego?

autor: Auguste Renoir

Tybet jest miejscem zakorzenienia się buddyzmu w lokalnej formie. Ideałem jest bodhisattwa czyli człowiek, który ogarnięty współczuciem wobec niedoli innych istot żyje aby im pomagać. Czasem i umiera.

W kraju o magicznym sposobie pojmowania świata, niejeden mnich widząc jak ludzi, w śród których żyje nękają klęski głodu i chorób oraz inne kataklizmy postanawiał uczynić z siebie magiczną relikwie, która przez wieki miała chronić mieszkańców regionu.

Działo się to przy zastosowaniu wielu skomplikowanych zabiegów, w wyniku których taki mnich dokonywał samomummifikacji i odejścia ze świata żywych. Co ciekawe nie czynił tego w kontekście poświęcenia i cierpienia za innych. Motywacją było współczucie. Mieszkańcy otaczali te miejsca i mumie wielką czcią.

W naszej Europejskiej kulturze współczucie wiąże się bólem, cierpieniem, poświęceniem. Taki mamy od około tysiąca lat wzorzec. Jeśli robimy coś dla innych to musi boleć, ale pocieszamy się mówiąc: cierpienie uszlachetnia, ostatni będą pierwszymi, zostanie mi wynagrodzone po śmierci itd.

Czy jednak działanie dla drugiego człowieka, które płynie z miłości bliźniego, ze współczucia wobec jego niedoli, płynące z głębi serca, musi wiązać się z tymi negatywnymi, bolesnymi atrybutami?

Przypuszczam, że taki mnich fizycznie cierpiał i nie do tego namawiam.

Zmarły 11 lat temu Józef Tischner, ksiądz i filozof, autorytet dla wielu Polaków, umierając na raka powiedział: Cierpienie nie uszlachetnia.

Bierzmy dobre przykłady z każdego źródła, które napotkamy i rozwijajmy się zmniejszając swoje ego. Uważam, że okazywanie uczuć, bycie pomocnym, wzruszenie, altruizm jest właściwym kierunkiem rozwoju człowieka i możemy czerpać z tego satysfakcję. Skierowanie się ku innym, otwarcie na ich potrzeby, nawiązywanie współpracy i wspólne działanie jest korzystne dla naszej psychiki. Jest zdrowe i pożyteczne społecznie. Stawianie sobie za ideał osoby, która depcze i niszczy innych, jest twarda i bezwzględna w dążeniu do celu może dać zamożność, ale nie zwróci utraconego zdrowia. Postawa taka jest też destrukcyjna dla społeczności, w której się żyje.

Wiem, że czasy nie należą do łatwych i być może czekają nas jeszcze trudniejsze, wiem że życie nieustannie wystawia nas na próby, wiem też, że za każdym razem mamy wybór i choć czasem jest ograniczony to zawsze należy do nas. Do nas więc należy decyzja jak będziemy się odnosić do drugiego człowieka i jaką będziemy mieć z nim relacje.

Żyjemy w świecie relacji. Nieustannych interakcji społecznych. Ostatnią rzeczą, z którą będziemy odchodzili z tego świata będą właśnie te relacje i nasze samopoczucie. Rzeczy materialne i tak zostaną.

Rewolucja się skończyła i wielu Tybetańczyków, którzy nie chcieli porzucić starych obyczajów udało się na emigracje lub trafiło do chińskich więzień. Wielu z nich też łączy pewna cecha. Modlą się za swoich prześladowców i współczują im.

Gdy widzę takie postawy to na chwilę zatrzymuję czas i zastanawiam się, czy i ja potrafię się zatroszczyć o innych, nawet tych nielubianych? Czy potrafię to uczynić bez myślenia poprzez własne ego? Czy potrafię ujrzeć drugiego człowieka a nie jedynie siebie? Czy potrafię być niczym ocean współczucia?

Ja?

A Ty?

Ceremonia i wewnętrzne zrównoważenie

Cisza i skupienie. Czyste i skromne pomieszczenie. Rzeczy znajdujące się na właściwych miejscach. Estetyka dająca poczucie równowagi.

Oddech jest spokojny. Myśli się uspokajają. Pojawia się wyciszenie. Umysł przenika uważność.

Po pomieszczeniu rozchodzi się miły zapach. Nozdrza dotyka miły aromat herbaty.

W każdym ruchu sens. W każdym spojrzeniu cel. 

Spowolnienie boskie. Umysł medytacyjny.

Głęboki relaks i wgląd.

autor nieznany

Są chwile w życiu, w czasie których możemy doznać wręcz metafizycznych uniesień. Chwile, które dają wypoczynek, relaks i zrozumienie. Takie chwile mogą pojawić się spontanicznie, pod wpływem zachodzącego słońca lub buziaka na zgodę od kogoś na kim bardzo nam zależy. Mogą też być wynikiem świadomych działań takich jak modlitwa, medytacja lub skupienie.

Można je też uzyskać w trakcie codziennych czynności.

Głębokie zrozumienie jest stanem umysłu i nie musimy wydawać setek lub tysięcy złotych, aby je osiągnąć. Nie musimy wyjeżdżać za granicę aby odnaleźć siebie. Nie musimy poddawać się specjalnym, mistycznym ceremoniom. Wszystko mamy we własnej głowie i we własnym sercu.

Kluczem jest ćwiczenie uważności. Uważności skierowanej na wykonywane codziennie czynności. Na to, aby wykonywać je świadomie.

Każda taka czynność staje się wówczas ceremonią, niczym ceremonia picia herbaty.

Nagrodą zaś jest głęboki wgląd i zrozumienie.

Wewnętrzne zrównoważenie.

Niespodziewana chwila

Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o twoich planach na przyszłość. If you want to make God laugh, tell him about your plans. (ang.) – Woody Allen.

autor: Edward Munch - Krzyk

Dużo planujemy. Wręcz nieustannie. Planujemy wyjazd na wakacje, spotkanie z przyjaciółmi, remont domu, szybszą spłatę kredytu, że kiedyś sporządzę testament, że powiem komuś, że go kocham itp.

Żyjemy w przekonaniu, że co się odwlecze to nie uciecze.

Czasem boimy się przyszłości, tego co może przynieść, tworzymy własne demony i pozwalamy im urosnąć do monstrualnych rozmiarów. Przyszłość budzi w nas lęk, niepokój, strach. Staje się naszym natręctwem.

Co jutro się stanie? Co będzie? Co mam zrobić? – zadajemy sobie pytania.

Muszę coś zrobić – ponaglamy siebie i planujemy. Tworzymy strategie obronne wobec zagrożenia, które jest jedynie w naszej głowie.

Potem przychodzi dzień i okazuje się, że jest inny niż to sobie wyobrażaliśmy. Dzieją się rzeczy, których nie przewidzieliśmy. Pojawia się niespodziewana chwila, a po niej kolejna i kolejna. Wpadamy w nurt wydarzeń, których natężenie przekracza możliwości naszej percepcji i czujemy się zagubieni.

Jak uciszyć rwący nurt myśli? Jak uciszyć ten wewnętrzny zgiełk?

Jak dotrzeć do własnej ciszy, aby usłyszeć to co na prawdę jest ważne i istotne?

Dalajlama, zapytany o to, co najbardziej zadziwia go w ludzkości, odpowiedział:

“Człowiek. Ponieważ poświęca swoje zdrowie, aby zarabiać pieniądze. Następnie poświęca pieniądze, aby odzyskać zdrowie. Oprócz tego, jest tak zaniepokojony swoją przyszłością, że nie cieszy się z teraźniejszości; w rezultacie nie żyje ani w teraźniejszości, ani w przyszłości; żyje tak, jakby nigdy nie miał umrzeć, po czym umiera, tak na prawdę nie żyjąc.”

Miłosz i dekonstrukcja rzeczywistości

Jedno z moich spotkań z Miłoszem wspominam ze szczególnym rozbawieniem. W czasie wspólnego picia herbaty w wyniku nagłego zamieszania Milosz poplamił sobie koszulę. Nie czekając długo zerwał się gwałtownie i wybiegł z pokoju, aby całkowicie się przebrać. Całkowicie, bo stwierdził, że zmiana jedynie koszuli to za mało. Taka reakcja niespodziewanie nasunęła mi pewną refleksję.

autor: Rubens

Jak często reagujemy gwałtownie, bez zastanowienia, z przesadą, w sposób nieadekwatny do wagi zdarzenia? Pojawia się czasem takie zjawisko, że nie mając właściwego rozeznania sytuacji nadinterpretujemy ją, czego wynikiem jest błędne wyobrażenie, a potem niewłaściwe działania.

Czasem próbujemy dokonać rewolucji, prawdziwej dekonstrukcji życia i podejmujemy decyzje, że schudniemy 10 kg w ciągu miesiąca, rzucimy palenie, pozyskamy nowych klientów, zmienimy swoją postawę wobec podwładnych itp.

Przeważnie skutek jest taki, że wpadamy w efekt jo-jo, wracamy do palenia, tracimy pozyskanych klientów i ponownie zachowujemy się wobec podwładnych po staremu. Czemu?

Dr Robert Maurer w swojej książce Filozofia kaizen wyjaśnia, że zbyt gwałtowna zmiana powoduje w nas wewnętrzny opór. Na pewno każdy z nas pamięta ile wysiłku kosztowała go zmiana przyzwyczajeń. Trzeba było ciągle się pilnować i kontrolować. Gdy udało się osiągnąć założony cel wydawało się, że to już koniec wyrzeczeń, a efekty będą trwałe. Jednak później okazywało się, że było to jedynie złudzenie i znowu wracaliśmy o stanu poprzedniego.

Niestety, jest tak, że jeśli efekt ma być trwały to nadal musimy się pilnować. Pilnować diety, unikać papierosów, dbać o klientów, obserwować swoje relacje z pracownikami. Nadal musimy wkładać w to swoją energie. Takie zaangażowanie jest jednak męczące i po jakimś czasie mamy dość wyrzeczeń i się poddajemy.

Dr Maurer proponuje inna metodę, metodę małych kroków. Stosując ją nastawiamy się na wprowadzanie małych, ale systematycznych zmian. Nie budzą one w nas sprzeciwu, pochłaniają mniej energii, a uzyskane efekty okazują się trwalsze. Nie prowadzimy do dekonstrukcji naszego życia, rewolucji, układania wszystkiego na nowo i budowania wszystkiego od podstaw. Nie musimy się całkowicie przebierać, jeśli mamy jedynie poplamioną koszulę.

Miłosz ma 3 latka i rozkoszne z niego dziecko. Wciąż uczy się życia. Najmniejsza plamka na ubraniu powoduje, że odczuwa potrzebę całkowitego przebrania się. Wyciąga wówczas z szuflady wszystkie rzeczy i zaczyna wielką dekonstrukcje domu.

Ciekawe jakiego Miłosza miałaś na myśli?

Jeśli dokonałeś nadinterpretacji i stworzyłeś sobie błędne wyobrażenie o osobie, o której Ci opowiadałem, to właśnie dokonałem dekonstrukcji Twojej subiektywnej rzeczywistości.

W poczekalni życia

Zostałem zaproszony na rozmowę do poważnej firmy. Spotkanie miało się odbyć o 14.15. Firma prowadzi ostatnio intensywną kampanię wizerunkową starającą się wykreować nowy, lepszy wizerunek. Wygląda na to, że zachodzą tam duże zmiany.

- Duże zmiany, duże szanse – pomyślałem

Byłem już w drodze gdy zadzwoniła komórka. Pani umawiająca spotkanie przepraszając mnie bardzo poinformowała, że powstało opóźnienie i spotkanie odbędzie się 15 minut później. Wykazałem zrozumienie i postanowiłem się nie spieszyć.

autor: Auguste Renoir

Gdy jednak przybyłem o ustalonej porze, okazało się, że nadal muszę czekać. Obsługa firmy zaproponowała kawę i wszyscy się kłaniali, witali i interesowali się mną. Było to bardzo miłe i dawno nie widziałem takiej troski o klienta. Jednak nie po to przyszedłem.

Po jakimś czasie, wyszła do mnie pani, która się ze mną umówiła i przepraszając za opóźnienie poinformowała mnie, że ono wzrosło i jeszcze muszę poczekać. Wykazałem zrozumienie i zacząłem bawić się moim szalikiem.

Po jakimś czasie gdy sprawdzałem na zegarku jak długo już czekam, a czekałem już 45 minut, przestałem wykazywać zrozumienie i zacząłem rozważać rezygnacje z tej rozmowy.

Po jakimś czasie wspomniana pani wyszła do mnie, jeszcze raz przeprosiła za opóźnienie i poinformowała mnie, że za chwilę będę mógł wejść na spotkanie.

Faktycznie, wszedłem za kolejną chwilę.

Czy warto było czekać?

Mogłem zrezygnować ze spotkania i wyjść z tej firmy z poczuciem, że słuszność leży po mojej stronie, że zostałem zlekceważony i moja noga więcej w tej firmie nie postanie! Mogłem, ale jakie by to niosło emocje? Takie poczucie słuszności by mnie zatruło, a po co w sobie nosić takie niezdrowe nastroje?

Szczęśliwie w tej sytuacji kilkakrotnie byłem przepraszany za opóźnienie a to łagodziło moje ewentualne niezadowolenie. Było to bardzo trafne rozładowanie niezręcznej sytuacji, bo wytrącało mi argument, że nikt się mną nie interesuje.

Zdecydowałem się jednak poczekać i odbyłem bardzo dobrą, satysfakcjonującą mnie rozmowę.

I chociaż rozmowa odbyła się w ostatniej chwili, bo przecież nawet przepraszanie ma swoje granice, to zastanowiłem się ile razy zbyt szybko zrezygnowałem i pozbawiłem się takiej satysfakcji? Ile też razy wykazałem zdenerwowanie w podobnej sytuacji i naładowany złymi emocjami niczego nie osiągnąłem?

Trzeba mieć wyczucie żeby dokonywać właściwych wyborów we właściwym czasie. W przeciwnym razie, niezależnie od tego czy coś robimy czy nie, stoimy w tym samym miejscu nie osiągając w życiu niczego.Stoimy.

Stoimy w poczekalni życia.

Czy jesteś gotowy na zamianę?

Gdy posłuchamy o czym marzą ludzie to usłyszymy, że chcą:

pieniędzy, zdrowia, młodości, pracy, awansu, zdania egzaminu, szczęścia, dobrego związku, seksu, wypoczynku, podróży itd. Marzenia są przeróżne i nie ma tu zgodności, które z nich są najważniejsze. Wszystko zależy od indywidualnej historii każdego człowieka.

Gdy jednak spytamy ludzi czy mają to o czym marzą, to często padnie odpowiedź, że nie. Dlaczego tak jest, skoro to dla nich ważne?

autor: Józef Chełmoński - Babie lato

A ile czasu poświęcamy na realizacje marzeń? Co robimy aby stały się rzeczywistością? Czy wykorzystujemy nasz czas efektywnie? Czy na pewno to jest to czego chcemy? Czy godzimy się na zmiany jakie nastąpią w naszym życiu? Czy jesteśmy gotowi aby ponieść konsekwencje naszych wyborów?

To jest własnie właściwe pytanie:

Czy jesteś gotowy na zmianę?

Jeśli staniesz się bogaty, to czy jesteś gotowy na zmianę stylu życia, środowiska i znajomych? Czy jesteś gotowy aby zmierzyć się z rzeszą doradców inwestycyjnych, którzy na pewno się pojawią?

Jeśli wejdziesz w związek z wymarzonym partnerem to czy jesteś w gotowy ograniczyć swoją dotychczasową wolność?

Jeśli awansujesz w firmie na stanowisko menadżerskie to czy jesteś gotowy, aby Cię oceniano według ostrzejszych standardów, a dotychczasowi współpracownicy uważali Cię za zagrożenie?

A jeśli byłbyś chory i niezdolny do pracy, ale otoczony czułą opieką i uwagą innych, to czy wolałbyś zrezygnować ze skupiania uwagi innych na sobie i wrócić do normalnej aktywności i pracy czy wolałbyś jedynie o tym marzyć?

Życie pokazuje, że odpowiedzi na te pytania nie są oczywiste i bywają rożne. Różne są tego przyczyny tak jak rożne są nasze historie.

Tak czy inaczej, ci którzy nie chcą zmian jakie pociąga za sobą realizacja marzeń, nie zrealizują ich i nadal będą jedynie marzyć.

Jeśli więc marzysz to wyobraź sobie jakie zmiany mogą nastąpić i zadaj sobie pytanie:

Czy jestem na nie gotowa?

Praca nad zmianą

Nie mogła się dogadać z szefem. Trzasnęła drzwiami i wybiegła z płaczem. Ponownie uzyskała potwierdzenie, że mężczyznom nie można ufać, że wszyscy są tacy sami. Jej relacje z mężczyznami się systematycznie pogarszały i coraz bardziej rzutowały na pracę. Okresy zatrudnienia były coraz krótsze a odejścia z pracy coraz bardziej burzliwe. Co się działo?

autor: Vicent Van Gogh

To hipotetyczna sytuacja, ale pokazuje pewien mechanizm. W pewnych sytuacjach zachowujemy się w określony sposób. W wyżej przytoczonym przykładzie negatywne przekonanie o mężczyznach rzutuje na relacje z nimi. Co mogło spocząć u podstawy takiego przekonania?

Zawód miłosny przeżyty w okresie dojrzewania? Złe potraktowanie przez mężczyznę w czasie gdy była młoda? Może jakieś traumatyczne zdarzenie wpłynęło na powstania wzorca, że “nigdy nie zaufam żadnemu mężczyźnie”.

Odkrywanie wzorców jest niczym praca detektywistyczna. Szukając związków przyczynowych, cofamy się po nitce do kłębka i szukamy pierwotnej przyczyny. Odnalezienie jej bywa trudne, ale daje szanse na zmianę swoich reakcji, na poprawę jakości życia oraz poprawę relacji międzyludzkich.

Jedną z metod odkrywania i zmieniania wzorców jest regresing niehipnotyczny. Metoda pozwala na dotarcie do zdarzeń, które w powiązaniu z silnymi emocjami wpłynęły na naszą aktualną sytuacje życiową. Za pomocą tej metody możemy dotrzeć do punktów krytycznych, które miały wpływ na powstanie niepożądanych wzorców i je poznać. Po tym poznaniu zaczyna się praca.

Praca nad zmianą.

Ukryty wróg

Mamy w sobie coś takiego, że co jakiś czas chcemy coś zmienić. W swoim otoczeniu, życiu, odnieść sukces, coś stworzyć, albo po prostu schudnąć. Wtedy planujemy, podejmujemy zobowiązania, przyrzeczenia, działania i … efekty bywają różne. Zaczynają się pojawiać po drodze rozmaite trudności. Nieprzychylne otoczenie, brak pieniędzy, niesprzyjająca pogoda i wiele tzw. czynników obiektywnych. Czy jednak winne naszych niepowodzeń zawsze jest jedynie otoczenie? Gdy lepiej się przyjrzymy przyczynom porażek to zauważymy, że wiele z nich zawdzięczamy samym sobie. Okazuje się, że często sami sabotujemy własne zamierzenia. W dodatku robimy to nieświadomie i automatycznie. Bywa, że to nasze przyzwyczajenia działają wbrew nam.

Dlaczego? Jak to działa?

Całe nasze życie jest pasmem kolejnych doświadczeń. Doświadczamy od samego początku. Już w okresie prenatalnym odbieramy bodźce płynące z otoczenia, a po narodzeniu pojawiają się kolejne. Na tej podstawie budujemy naszą wiedzę o środowisku jakie nas otacza. Będąc u zarania naszego tutaj istnienia tworzy się podstawa rozumienia świata. Definiujemy swoje miejsce w nim, co jest bezpieczne, a co jest zagrożeniem, co jest korzystne, a co nie, które działania są efektywne, a które nie.

Pierwsze doświadczenia niczym początek matematycznego wzoru wpływają na kolejne nasze działania, wybory, decyzje i rozumienie tego co się wokół nas dzieje. Tworzą się wzorce zachowań, przyzwyczajeń i nawyków, które pomagają nam szybciej reagować i działać bez straty czasu na ponowne analizowanie kolejnej sytuacji. Starczy, że kolejna sytuacja jest podobna do wcześniejszej i już może zadziałać automat. Na tej bazie doświadczając kolejnych sytuacji życiowych budujemy piramidę naszych zachowań. W tej piramidzie panuje hierarchia. Jedne wzorce mają priorytet działanie przed innymi, a inne są podrzędne.  Hierarchia ustala się na podstawie okresu działania wzorca oraz siły emocji, które towarzyszyły utrwaleniu wzorca. W ten sposób wzorce z dzieciństwa mają dużą szanse na utrzymanie priorytetu, choć nie są niewzruszalne, ponieważ konsekwentne kreowanie nowego wzorca przy odpowiednio długim czasie i zachowaniu konsekwencji może to zmienić. Najszybciej jednak i w najbardziej nieprzewidzianym momencie może tą hierarchię zmienić emocjonalna reakcja na nagłe zdarzenie np jąkanie w wyniku doznanego szoku, albo rezygnacja z inicjatywy w pracy w wyniku stresującej, kategorycznej reprymendy przełożonego.

Tak to działa i zbiór tych wzorców, gmatwanina nie zawsze jasnych dla nas priorytetów powoduje, że mimo podejmowanych przez nas wysiłków wiele życiowych projektów skończyło się niepowodzeniem.

Jednocześnie wiele razy zdawało nam się, że osiągnęliśmy już upragniony cel, a po jakimś czasie okazywało się, że wróciliśmy do punktu wyjścia. Silną wolą, motywacją i konsekwencją możemy osiągnąć to czego chcemy, ale jak to utrzymać? Tymi cechami możemy stłamsić niekorzystne wzorce i odnieść sukces, zrzucić wagę ale później? Co się stanie gdy spadnie motywacja, bo nasza uwaga skupi się na czymś innym? Efekt jo-jo?

Dopóki sabotujące wzorce pozostają stłamszone, a nie zmienione, to wciąż pozostaje zgrożenie, że prędzej czy później dojdą do głosu i zaczną działać przeciwko nam.

Co zatem zrobić w tej sytuacji? Zmienić wzorzec i zastąpić go nowym.

Czy to jest trudne? Tak, bo trzeba włożyć w to pracę, konsekwencję i dbać o motywację.

Jednak czy warto?

Tak, jeśli chcemy coś zmienić.

Etapy relacji, czyli zmiany w życiu jak w przyrodzie

Wczoraj wróciłem z Borów Tucholskich. Jesień już w pełni. Chłodne wieczory i poranki, zmienna pogoda, przyroda zamiera i zmienia swe barwy. Cała natura przygotowuje się do nieuchronnego. Do zimy.

Kiedyś czytałem, że w USA prześledzono los kilkuset firm, które powstały sto lat temu. Do dnia dzisiejszego przetrwało z nich kilka. Kiedyś powstały, rosły, zdobywały rynek, uzyskiwały tzw ustabilizowaną pozycję, po czym nadchodziło wyzwanie, które powodowało, że musiały się zmienić. Czasem to się udawało, czasem nie. Czasem udawało się podążać za rynkiem przez jakiś czas, ale w większości przypadków firmy przestawały istnieć.

Cykl życia. Wiosna, lato, jesień, zima. Coś powstaje, rośnie i dojrzewa, aby w końcu obumrzeć i zgasnąć.

W miastach tego tak nie zauważamy. Naszym naturalnym środowiskiem jest dom i biuro lub inna zamknięta przestrzeń o w miarę ustabilizowanej temperaturze. To wprowadza nas w iluzje stałości.

Relacje między ludźmi mają podobny charakter. Gdy poznaje się dwoje ludzi, on i ona – zakochani lub pracownik z przełożonym – zatrudnienie, to na początku zawiązuje się relacja wypełniona dużą wzajemną ciekawością, badaniem siebie nawzajem, co można a czego nie, czy i w jakich sytuacjach możemy na sobie polegać a potem o ile szybko nie dojrzeje do rozstania, przechodzi w etap dojrzałej relacji z poczuciem wzajemnego bezpieczeństwa i zaufania. Zawsze jednak z czasem się kończy. Zmienimy pracodawcę, albo przejdziemy na emeryturę. Zmienimy partnera, albo owdowiejemy.

To naturalny porządek rzeczy. Ważne aby zdawać sobie sprawę z tego, że nic nie jest wieczne i wiedzieć, na którym etapie relacji się znajdujemy.

Ważne, bo po zimie przychodzi wiosna, która niesie nowe wyzwania i nowe pomysły i znowu będzie można zacząć coś nowego i znowu pojawi się szansa aby odnieść życiowy sukces. Czemu mielibyśmy to przegapić?

Lęk przed wyborem

Widzę to wszystko bardzo dobrze. Istnieją dwie możliwe sytuacje do wyboru. Możesz zrobić to albo tamto. Jednak moja szczera opinia jest taka, że cokolwiek wybierzesz, to i tak będziesz żałował. Søren Aabye Kierkegaard – XIX wieczny filozof duński.

Nie dziwię się poglądom Kierkegaarda. Dorastał w atmosferze rezygnacji i śmierci bliskich a tak już jest, że nasze życie i nasze doświadczenia, kształtują nasze poglądy i przekonania. Na tej podstawie dokonujemy wyborów. W Kierkegaardzie jednak lęk przed dokonaniem błędnego wyboru, był tak wielki, że mimo studiów teologicznych nie został pastorem. On nie wiedział czy wierzy prawidłowo, czy to wszystko dobrze rozumie. Dlatego zrezygnował.

A ile razy my zrezygnowaliśmy z dokonania wyboru? Jak często nie wiedzieliśmy czy nasz wybór jest dobry? Czy wiedzieliśmy jakie będą skutki? Ile razy żałowaliśmy jak się potem okazało złej decyzji? Ile razy oddaliśmy inicjatywę innym? Jak często się myliliśmy?

Pewnie zdarzało się, ale nie w tym problem.

Wszyscy uczymy się poprzez doświadczenie. Bywa, że popełniamy błędy i całkiem naturalne jest, że nie zawsze wiemy jakie będą konsekwencje naszych wyborów. Świat jest złożony z niezliczonej ilości wzajemnych, wciąż zmieniających się interakcji i nie jesteśmy w stanie tego ogarnąć naszym umysłem. Jednak nie musi być to powód abyśmy rezygnowali z dokonywania wyborów i z aktywnego życia. To nie jest powód byśmy popadali w bierność i oddawali inicjatywę innym. Czy chcemy czy nie to dokonywanie wyborów i tak jest integralną częścią naszego życia. To o co mamy zadbać to to abyśmy się dobrze czuli z naszymi wyborami.

Jak to zrobić?

Powinniśmy poświęcić sobie czas aby sprawdzić jaki wybór będzie zgodny z naszymi przekonaniami. Przekonania są tym co posiadamy wszyscy. Przekonania o tym w jakim świecie chcielibyśmy żyć, jaki świat chcielibyśmy zostawić naszym dzieciom, jakie relacje chcielibyśmy mieć z innymi ludźmi. Każdy z nas posiada system wartości, z którym czuje się dobrze. Każdy z nas nosi w sobie marzenie, które go uskrzydla. To właśnie one są naszymi wewnętrznymi kompasami. Podejmując decyzje zgodnie z nimi zapewniamy sobie wewnętrzny spokój. i wtedy wiemy, nie wybieramy mniejszego zła.

Starczy posłuchać siebie.

Chwila ciszy

Codzienne zabieganie, tysiące myśli, setki koncepcji, nieskończona ilość relacji i zależności, niekończący się dialog wewnętrzny, wewnętrzne rozterki, mnóstwo dylematów.

Tak często wygląda dzień. W pracy, w domu, na urlopie. Taka bywa codzienność. Dzień za dniem, tydzień za tygodniem, rok za rokiem. Całe życie?

Bywa, że przestajemy sobie z tym radzić, popadamy w zdenerwowanie, obniża się nam nastrój, niektórzy popadają w depresje. Codzienny stres daje o sobie znać.

Możemy jednak coś zrobić dla siebie. Zrobić zanim zaczniemy pić melisę, brać środki uspakajające, zanim trafimy do lekarza. Możemy zadbać o naszą psychikę, o nasz umysł. Tak jak codziennie się myjemy i stosujemy higienę ciała tak samo możemy praktykować higienę psychiczną.

To czego nam potrzeba to chwili zatrzymania. Chwili, którą możemy poświęcić sobie samym. Wtedy możemy pójść na spacer do lasu, do parku. Poczytać książkę. Posłuchać ulubionej muzyki. Spędzić miły wieczór z ukochaną osobą.

Za mało czasu?

Możemy więc robić coś niewymagającego tyle czasu. Możemy trafić wprost do sedna. Wprost do naszego umysłu. Potrzebujemy aby raz na jakiś czas wyjść z tego kołowrotka nieustannych wydarzeń. Tej karuzeli nieustannych myśli.

Starczy znaleźć w ciągu dnia taką chwilę, rano lub wieczorem, taka się znajdzie i usiąść wygodnie na 5-10 minut. Starczy oddychać swobodnie i obserwować ten oddech. Myśli będą się nadal pojawiać, ale starczy stać się obserwatorem i zrezygnować z funkcji narratora. Świadomy oddech i pozycja obserwatora przyniesie ulgę. A gdy Ci się to spodoba to wydłuż czas, albo ilość takich chwil w ciągu dnia. Najważniejsze jest aby robić to systematycznie.

To są chwile ciszy kiedy słyszymy samych siebie.

Proces

Następnie wyczuł i podążał za spontanicznym drżeniem, które zaczęło się w kolanach, po czym nagle znaleźliśmy się w środku czegoś, czego nie był w stanie opisać. Czuł, że spontaniczne ruchy popychały go do stąpania w dziwny, wypełniony niezdarnym podrygiwaniem sposób. Nagle zatrzymał się i ze zdziwieniem powiedział, iż wyczuł, że poruszały nim duchy zmarłych.

To fragment z książki pt. Psychologia i szamanizm, którą napisał Arnold Mindell, amerykański psychoterapeuta, psycholog, twórca nowej orientacji psychologicznej i terapeutycznej zwanej psychologią zorientowaną na proces. Autor uważa, że w pracy z procesem nie chodzi o dalsze rozwijanie ego, ale o rozwijanie świadomości zmiany.

Podobnie w regresingu niehipnotycznym pozwalamy, aby klient podążał za wyobrażeniami, skojarzeniami, snuł własne historie. W żadnym wypadku nie dokonujemy oceny ich prawdziwości. Istotne są jedynie emocje z jakimi się zmaga. Nie jest istotne czy wspomnienia przychodzące w trakcie sesji wiążą się z rzeczywistymi wydarzeniami z przeszłości czy są zmyślone. Ważne jest tylko to, że te emocje są realne i stanowią dla niego problem. To praca z emocjami i w tej pracy podążamy za klientem.

Dlatego każda sesja jest jedyna i niepowtarzalna. Trzeba też pamiętać, że to co jednych może śmieszyć, w innych może budzić przerażenie.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 541 other followers